Rozmowa z prof. Fritzem Sternem

Niedawno władze miasta i wrocławskie uczelnie ustanowiły Wrocławską Profesurę im. Fritza Sterna. Pierwszym wyróżnionym został były prezydent Niemiec Richard von Weizsäcker. Z patronem tej nagrody, urodzonym w 1926 roku w Breslau, profesorem historii na Uniwersytecie Columbia, rozmawia Jacek Antczak.

Prof. Fritz Stern: Moje powroty z Breslau przez Nowy Jork do Wrocławia

We wspomnieniu "Powrót do domu" napisał Pan, że gdy przyjechał do Wrocławia w 1979 roku, po 40 latach od emigracji, zrozumiał Pan, jak naiwny dał tytuł, iż kraina dzieciństwa zniknęła, a Pan jest wdzięczny losowi, że odnalazł drugą ojczyznę w Stanach Zjednoczonych Ameryki. Czy kolejne wizyty we Wrocławiu zmieniły Pana nastawienie do tego miasta?

Absolutnie i bezdyskusyjnie. Na to, że podczas wizyty w 1979 roku czułem się tak a nie inaczej, wpływ miały przede wszystkim nie tylko prywatne, bardzo osobiste emocje, lecz także to, że przyjechałem do komunistycznego kraju, jakim była wtedy Polska. A to, co się stało w Polsce i Wrocławiu po upadku komunizmu i niesamowity postęp, jaki Wrocław zrobił od 1989 roku, jest nie do pojęcia. W ostatnich latach byłem tu cztery razy i za każdym razem jestem pod wielkim wrażeniem.

Najlepszą książkę o historii Wrocławia napisał Walijczyk Norman Davies, szefową Hali Ludowej jest Hana Cervinkova, Czeszka, mamy coraz więcej obcokrajowców, którzy świetnie się czują w tym mieście. Czy Wrocław jest Pana zdaniem miastem niemieckim, czy polskim? A może po prostu europejskim, "mikrokosmosem Europy"?

Czy mikrokosmosem - nie wiem. Nie będę ani polemizował z moim kolegą historykiem Normanem Daviesem, ani używał tego terminu. Na pewno dzisiejszy Wrocław znalazł świetny sposób na odbudowanie kosmopolitycznych tradycji tego miejsca. To, że tacy ludzie jak Hana Cervinkowa przywracają świetność tak wspaniałego zabytku, jakim jest Hala Ludowa - to tylko potwierdza. To, że utalentowani ludzie przyjeżdżają tu z innych krajów i oddają miastu swoje talenty, owocuje tym, że to miasto już wyróżnia się w Europie tym, iż z taką otwartością kontynuuje długą, wielokulturową tradycję Wrocławia.

Tę otwartość potwierdza też ustanowienie Wrocławskiej Profesury im. Fritza Sterna, która ma sprawić, by wielkie osobowości ze świata przyjeżdżały tu na wykłady i debaty.

Muszę przyznać, że dotąd nie myślałem o tym wyróżnieniu w taki sposób. Gdy jednak przyjechałem do Wrocławia i na każdym kroku widzę rozkwit tego miasta, pomyślałem, że może i ta "profesura" będzie moją cegiełką do wielokulturowego rozwoju tego miasta. Gdyby nagroda mojego imienia się do tego przyczyniła, bardzo by mnie to uszczęśliwiło.

Pięknie brzmią pochwały dla XXI-wiecznego Wrocławia. To optymistyczna historia, ale to miasto ma w swoich dziejach czarne plamy i dramatyczne wydarzenia, które nie są powodem do chwały. Takie jak "noc kryształowa" w 1938 roku, to, co się działo z mieszkańcami i miastem podczas obrony Festung Breslau w 1945, w końcu wydarzenia 1968 roku i emigracja polskich Żydów.

Chciałbym na początku oczyścić historię Wrocławia z tragicznego wydarzenia, które nazwano "nocą kryształową". To się stało w Breslau i jest częścią nazistowskich dziejów Breslau, a nie historii Wrocławia. A co do mojego optymizmu: historyk ma prawo być optymistyczny albo pesymistyczny, ale tak naprawdę nie powinien taki być. W historii każdego narodu na świecie są momenty okropne - i taki był na pewno 1968 rok w Polsce. To trudne do pogodzenia z tym, co się tu działo przedtem, ze strasznymi przeżyciami, jakich doznawali Polacy, z wszystkimi cierpieniami, jakie naród polski przeszedł. A także z tym, co potem wybudował i stworzył: z Solidarnością, niesamowitym ruchem społecznym na czele. Powiem coś, co wiele razy mówiłem w Stanach. To, co Polacy zrobili w latach 80., to, co zrobiła Solidarność i ten, którego świat nazywa "polskim papieżem", dla Europy i całego świata, to dla mnie nieporównywalne z czymkolwiek innym, co się wydarzyło w XX wieku gdziekolwiek na świecie.

Czyli historia nie powinna być pesymistyczna ani optymistyczna, a może być osobista? Pan zdecydował się niedawno na spisanie historii osobistej. Co Pana skłoniło, by opisać historię dziejów Breslau przez pryzmat losów, życia i cierpień własnej rodziny?

To bardzo skomplikowane pytanie. Nie odpowiem na nie w pełni, bo nie znam odpowiedzi. Po prostu nie wiem. Mam jednak nadzieję, że książka "Niemcy w pięciu wcieleniach" łączy moje osobiste losy z interesującą opowieścią o historii świata, który mnie otaczał. Bo moje życie nie byłoby chyba interesujące dla czytelników. Urodziłem się i żyłem w czasach, które były złe, straszne,dramatyczne, ale jednocześnie niesamowicie ekscytujące. A ja nie tylko z zawodu, ale i z serca jestem historykiem i dlatego pragnąłem o tym opowiedzieć.

A rodzina, Pana studenci, czytelnicy odkryli w tej opowieści rzeczy, o których nie mieli pojęcia?

Ta opowieść o Breslau przyniosła mi dużo nowych przyjaciół i znajomych z całego świata. Napisało do mnie bardzo dużo osób, których nie znałem. Wśród nich wielu młodych ludzi, którzy pisali: "Dziękuje za tę opowieść, dzięki niej w końcu zrozumiałem życie mojego dziadka".

W książce Pan napisał, że w czasie, gdy przyjechał do Polski, Niemcy w najlepszym wypadku opowiadali sobie o nas żarty, w najgorszym byli wobec nas pełni pogardy. Czy coś się w tym nastawieniu zmieniło?

Pisałem o tym, jak myśleli o Polakach w czasie międzywojennym. W czasie II Rzeczypospolitej Niemcy mieli bardzo negatywny stosunek do Polaków. W 1979 było już lepiej, potem coraz bardziej się poprawiało, a dziś to już zupełnie inna jakość.

A były prezydent Niemiec, Richard von Weizsäcker? Jest dumny z Wrocławskiej Profesury, czy traktuje to jak jedno z wielu wyróżnień, jakie otrzymał?

Nie wypada mi go pytać, przecież to profesura mojego imienia. Ale mogę zapewnić, że Weizsäcker, od samego początku, już od 1945 roku, był przedstawicielem niemieckiej elity z kręgu hrabiny Marion Dönhoff, która zawsze bardzo przyjaźnie odnosiła się do Polski i Polaków. Większość moich przyjaciół w Niemczech tak postępowała.

To trudne sprawy, tu we Wrocławiu Polacy też niechętnie odnosili się do Niemców, którzy, tak jak Pan w 1979 roku, przyjeżdżali i oglądali kamienice i szukali śladów miejsc, w których kiedyś mieszkali. To też się zmienia. Myślę, że przestajemy się bać, że kiedyś zabiorą nam już naszą małą ojczyznę, a może nawet ich trochę zaczynamy rozumieć. Czy to znaczy, że historia przestaje nas różnić? Czy o niej zapominamy?

Gdy wróciłem tu w 1979, to nie z zamiarem odzyskania własnego domu. Wręcz przeciwnie. Cieszyłem się, że mieszkanie mojej rodziny przypadło polskiemu pisarzowi, który tam mieszkał. Uważam jednak, że o tym, co stało się w przeszłości, nie wolno zapominać. Przeszłość to księga, z której powinniśmy się uczyć. A jeżeli Polacy i Niemcy będą ją odczytywać prawdziwie i wyciągać wnioski, doprowadzi to do lepszych, cieplejszych kontaktów. Warunkiem jest to, że niczego nie będziemy pomijać w tych dziejach, będziemy pamiętać o naszych słabych i mocnych stronach, ale też o tym, jak oba narody przysłużyły się budowaniu wspólnej Europy.

Na okładce książki za Panem jest okno, a w tle wrocławski ratusz. Jakkolwiek by nazywać to miasto - Wrocław, Breslau, Wratislavia - kocha Pan je?

(długa pauza) Czuję się z nim niezwykle związany. Fakt, urodziłem się tu, spędziłem w nim dwanaście lat, ale wśród nich pięć strasznych, w czasie narodowego socjalizmu. Nigdy o nich nie zapomnę, wiele mnie nauczyły. Z kolei z Wrocławiem, do którego przyjeżdżałem po 1989 roku, łączą mnie tylko pozytywne emocje. Zresztą moje serce jest związane z Wrocławiem na co dzień w Nowym Jorku. Mój lekarz kardiolog to Polak, który mieszkał trzydzieści kilometrów od Wrocławia. Często sobie o Wrocławiu rozmawiamy.

Jest Pan historykiem, ale spróbujmy wybiec w przyszłość, powiedzmy do 2012. Na nowym wrocławskim stadionie dochodzi do meczu Polska - Niemcy w piłce nożnej. Komu Pan kibicuje?

Będę trzymał kciuki za… oczywiście, że za Wrocław, za moje rodzinne miasto, żeby się mu te mistrzostwa i wszystko inne udawało. 

Rozmowa ukazała się 25.03.2011 r. w Gazecie Wrocławskiej.